niedziela, 8 listopada 2015

Opowiadanie na żywo czy komputerowa kreacja?

                Szkoła podstawowa nr 23 w Poznaniu. Baśnie nie takie łatwe, bo pochodzące z Japonii i wybrane te nie tylko z wartką akcją ale i spokojniejsze,  nie przygodowe ale refleksyjne. Przynajmniej niektóre. Można by więc oczekiwać, że trudno będzie skupić uwagę dzieciaków, skoro, jak wokoło się słyszy, przyzwyczajone są do komputerów i szybkiej akcji filmów, do krótkich tekstów panujących wszędzie w Internecie, kodów bardziej obrazkowych niż słownych. A jednak! Nie miałam z tym żadnych problemów.
Nie chcę przez to powiedzieć, że to ja jestem taka świetna w sztuce opowiadania, tylko że dzieci są chłonne. Jak wszystkie młode istoty w przyrodzie nie zawsze usiedzą w miejscu, czego chcielibyśmy my dorośli. Nie znaczy to jednak, że nie potrafią. I nie  umieją. Potrafią, umieją i chcą. Ponieważ w ich chłonnych umysłach jest miejsce i na żywą opowieść i na film i na grę  komputerową, ale i na grę fizyczną. W czym mocniej zasmakują to zależy trochę od nas dorosłych a trochę od ich temperamentów i zainteresowań. Ale na pewno potrafią wszystko zgrabnie łączyć. Jeśli tylko damy im szansę.
       My dorośli, nie mamy takich doświadczeń. Jedni wychowali się jeszcze, kiedy komputery raczkowały i dlatego nie rozumieją ani podzielnej uwagi obecnego pokolenia, ani tego, że takie różne światy są możliwe do połączenia. Drudzy wychowali się w czasie "zachłyśnięcia się" komputerami. Wtedy słowo mówione także straciło moc. Ale ono ją straciło tylko na chwilę. I bardziej dlatego, że to dorośli o nim zapomnieli. Kiedy zaś przypomnieli sobie o nim. Kiedy zaś zaczęli czytać dzieciom, kiedy zaczęli opowiadać, okazało się, że świat wirtualny one świetnie godzą z realnym.  Zanurzenie w nim nie jest równoznaczne z tym,  że dzieci gorzej przyswajają historie opowiadane im realnie.
       Dzieci chcą dotykać nie tylko ekranu, ale i gier planszowych, szachów czy warcabów rozstawianych na planszy i odbieranych dotykiem, kart książek, bo one rozumieją, że nic nie zastąpi szelestu kartki i zapachu druku. Chyba, że to my je zniechęcimy. Uwielbiają czytać w Internecie bo tam jest ciekawie. I nie chodzi o to, że kolorowo czy krótko i są książki, w których wszystko się rusza. Raczej chodzi o to, że treści są doroślej podane.
         Ze zgrozą od kilku lat patrzę na to co się dzieje w księgarniach i na półkach bibliotek. Jak dzielimy lektury na coraz mniejsze przedziały wiekowe, zubażając tym bardzo rozwój naszych młodych czytelników. A potem dziwimy się, że nie chcą czytać albo, że czegoś nie potrafią, czegoś co my umieliśmy w ich wieku. No ale to temat na osobny wpis.

Teraz jeszcze tylko przypomnę że o tym uważnym słuchaniu pisałam także już tutaj, więc tak jakby zjawisko mi się potwierdza. Dzieci potrafią słuchać opowieści, żyć opowieścią i aktywnie w niej uczestniczyć. Opowiadajmy więc jak najczęściej!

A najbliższe spotkanie już niedługo. Jak zwykle informacje są na stronie Galeony Baśni
oraz na fanpagu

niedziela, 4 października 2015

Prawa fizyki





Ostatnio opowiadałam po raz kolejny zresztą, jedną z moich ulubionych baśni „ Mrille” i zdałam sobie sprawę jak bardzo różne są te moje opowieści. Jak za każdym razem inaczej kreuję wątek, dynamikę, tajemnicę. Najbardziej dynamicznie opowiadałam tę baśń w Pracovni w zeszłym roku. Grupa 501 dawała mocne oparcie. Publiczność była dobrze rozgrzana poprzednimi opowieściami i występem grupy bębniarskiej. Czas opowieści był maksymalnie skrócony. Chyba nigdy jeszcze tak długiej baśni nie musiałam zamknąć w tak krótkim czasie, dbając by niczego z niej nie uronić. Ani kropelki! Udało się a ja do dziś mam gdzieś w ciele zakodowane, że tak można, że może nawet była to jedna ze wspanialszych kreacji tej historii. Na pewno zaś diametralnie różna od poprzedniego i następnych jej prezentacji.
To prowadzi mnie do spostrzeżenia, że czas, przestrzeń i odbiorca bardzo oddziałują na proces. To od wpatrzonych we mnie oczu, zatrzymanych oddechów, napięcia sali zależy jak potoczy się moja opowieść. I tu nie mogę się powstrzymać od stwierdzenia, że wkraczamy w prawa fizyki ) Ja i fizyka- niesamowite połączenie ale.. To ona właśnie jakiś czas temu zaskoczyła ludzi odkryciem, które już podałam – Obserwator wpływa na proces. Dlatego nie wiemy jak wyglądałby proces bez Obserwatora. Inaczej, ale jak inaczej? My opowiadacze pewnie to jednak wiemy.
Obserwujcie nas kochani widzowie, bez Was nie ma energii w naszej opowieści.
A przy okazji rozważań, okazuje się, że wcale nie odkrywam opowiadaczowej Ameryki. Oto natrafiłam na wpis Mateusza, traktujący o tym temacie :
„Tempo opowieści to rzecz całkowicie wybierana przez dzieci. ( dla mnie po prostu słuchaczy )  Mogę mieć co prawda zaplanowane, że dziś będę opowiadać dynamicznie, a jutro spróbuję to samo zrobić w nastroju melancholijnej grozy albo z humorem. Z początkowych założeń zostaje zazwyczaj tyle, ile odbije się w twarzach słuchaczy, gdy powiem :"Dawno dawno temu". Twarze są zwierciadłem tempa.”

A relacja z opowieści afrykańskich i zdjęcia jak zwykle TU

środa, 19 sierpnia 2015

Wakacje!
Niby nic się nie dzieje, a jednak!
Podsumowaliśmy w Pożegnaniu z Afryką rok bajania w kawiarni. Dobry rok. Pełen miłych chwil i spotkań.
Na pożegnanie wybrałam mity greckie. Mniej znane i.. zrobiłam według przepisów stowarzyszenia rekonstrukcyjnego, które miałam przyjemność obejrzeć w działaniu w czasie Dnia Dziecka w Pruszkowie, gdzie opowiadałam i animowałam z ramienia Muzeum Bajek. Polecam wszystkim ich pokazy i rozmowy o smakach antyku, są niezwykłe! Dlatego to postanowiłam na ostatnie przedwakacyjne spotkanie zaserwować te proste a jakże smaczne i ciekawe dania. Udokumentowane na zdjęciach- odsyłam tu i tu :)

Potem wyjazd do stolicy z baśniami francuskimi zorganizowany przez Centrum konferencyjne Fort ( zdjęcia także na Fb i stronie Galeonów Baśni w galerii :)
I największa wakacyjna przygoda! Dwutygodniowy pobyt na festiwalu organizowanym przez Muzeum Bajek Baśni i Opowieści 
gdzie opowiadałam dwukrotnie porankami i podczas przedostatniego wieczoru pod Drzewem Opowieści, animowałam Bajkostwory i uczyłam jak robić bardzo magiczne książeczki.
Takie, gdzie znikają obrazki przez nas zrobione, ale po odpowiednim czarowaniu- pojawiają się znowu ;) Magia bajki :)
Miałam też możliwość przebywania z ciekawymi osobami. W tym roku na festiwal zostali zaproszeni muzycy z Burkina Faso- Massa Dembele i Numassa Dembele - obaj na zdjęciu powyżej.
( Numassa na pierwszym planie, Massa na drugim )
Dzięki nim odświeżałam zapomniany francuski i uczyłam się grać na korze, czyli inaczej - harfie afrykańskiej. Co to za niezwykły instrument! Zakochałam się w nim. I jestem ogromnie wdzięczna za to, że nie obawiali się i nie uciekali, kiedy na niej brzdąkałam tworząc własne melodie. Massa uczył mnie piosenek, które pięknie wpadały w ucho. Z tej nauki zamierzam korzystać w pełni podczas moich bajań. Zwieńczeniem nauki był ów wieczór podczas którego opowiedziałam kilka baśni do akompaniamentu Massy, który wprawnymi palcami wyczarowywał nastrój baśni na strunach. Potem razem śpiewaliśmy i uczyliśmy śpiewać. Chętnych nie brakowało. To był magiczny czas.
Czas kiedy dzieci i rodzice razem pomagali nam nie tylko śpiewać ale i w ciężkiej pracy na deptaku- rozkładania a potem składania ciężkich Bajkostworów, klocków, z których powstawały niezwykłe budowle. Niechaj mi teraz ktoś powie, że dzisiaj jest rozwydrzona młodzież, nie pomagają to odpowiem, że może ten ktoś nie widzi wszystkiego? Młodzi ludzie, bez dzieci, Ci wcale nie bawiący się naszymi zabawami, ale obserwujący ile one sprawiają innym radości- także ochoczo wieczorami rzucali się do pomocy. Ot po prostu, dla współuczestnictwa w czymś po prostu BAJKOWYM :) I ja z taką wizją, że świat pięknieje z dnia na dzień wyjechałam z Łeby.
A przede mną wcale nie koniec wakacyjnej przygody. teraz czeka Festiwal ZAMEK w Będzinie!
Galeony będą tam opowiadać baśnie Szkocji :)) ZAPRASZAMY!

piątek, 26 czerwca 2015

Czas na kolejną refleksję :)

Tym razem na warsztat myśli- warsztaty !
Znowu miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach Gali Gality z Meksyku. Opowiadaczki energetycznej, roześmianej i ciepłej.
Przyznam, że weszłam do sali z mieszanymi uczuciami. Kilka dni przed warsztatami zobaczyłam informację, że będziemy tworzyć jakieś rękodzieło. Popatrzyłam na czas poświęcony warsztatom i pomyślałam sobie, ojeju.. ja nie chcę. Nie jestem dobra w zabawie papierem i włóczką, frustruje mnie to, że mi nie wychodzi a jak jeszcze ma nie wychodzić na oczach ludzi... Brrr...
Jednak pojechałam, bo chciałam zobaczyć Galę po raz drugi, uściskać ją i dostać od niej uśmiech. pomyślałam, że po prostu posiedzę ale Gala poprowadziła warsztaty tak, że z niesamowitym zapałem tworzyłam swoje Oko Boga. Czułam radość z tworzenia w grupie, słuchania, podświadomej pracy umysłu. Podświadomej, bo w tamtym momencie nie wiedziałam, że czacha mi dymi jak ta lala! Dopiero teraz to wiem. A to był cel zamierzony Gali. Zadała nam wcześniej pytania dotyczące przedmiotów, które wydobyliśmy z czeluści worka- niespodzianki. Przedmioty te stały sobie potem obok nas cichutko, nie wiem jak inni ale ja zupełnie , tak mi się zdawało, nie zwracałam na to uwagi. Myślałam na poziomie tym świadomym: nie wiem co powiedzieć, nic mi nie przychodzi do głowy., totalna pustka, zero, mózg wyprany z czegokolwiek nie wymyślę żadnej odpowiedzi, nic.
Za to moje ręce tworzyły cudo. Byłam zachwycona jak mi to sprawnie idzie, jak mi się nawet supełki z połączenia kolorów,  same chowają. Znajdowałam niezwykłą przyjemność tworzenia. A mój mózg pracował.

Kiedy już się napracował gdzieś beze mnie, kiedy moje ręce skończyły Oko Boga, ( widzicie ja na zdjęciu) to wróciwszy do kręgu opowieści nagle zaczęła powstawać opowieść. I ona powstawała dopiero jak dostałam swój czas. Wcześniej słuchałam innych, fascynujących opowieści, które uczestnicy stworzyli. I myślałam- dobra, coś sklecę najwyżej się będę jąkać. A baśń wypłynęła ze mnie jak ze zdroju, który trysnął z ziemi uderzonej Mojżeszowym kijem. Słuchałam siebie chyba równie a może i bardziej zaciekawiona tego co mówię, jak reszta słuchaczy. Zrozumiałam też skąd się wzięły we mnie zastosowane kolory. Zdradzę Wam, że te odcienie zieleni i czerwieni są MOJE od zawsze. Dokładniutko takie. Otaczam się nimi gdzie tylko i jak tylko mogę. Kuchnię mam tak urządzoną i na siłę tylko postanowiłam to przełamać i dodać w niej jeszcze inny kolor. Aby nie zapomnieć, ze te inne także istnieją.
To było niebywałe przeżycie- odkrycie. Podróż w głąb siebie. Nauka jak można prowadzić warsztaty z opowieścią, co może nam posłużyć i jakie procesy w którym momencie mogą zajść. Jak działa pewien psychologiczny mechanizm, nawet jeśli się wie, że jest na nas zastosowany i człowiek pragnie mu się przeciwstawić ;) To była ciekawa walka z tym aspektem warsztatów. Przegrana :))) Ale nie żałuje ani ciut! To także było niesamowicie fascynujące. I od razu napiszę dla ciekawskich- nie o jaki aspekt chodzi nie ujawnię, pozostanie moja tajemnicą.

Przyznam, że ogromnie ciekawi mnie jak powstawały historie innych osób. Kiedy się pojawiły w ich głowach. Czy tkały się nagle czy sączyły powolutku? Czy coś z nich o sobie się dowiedzieli jak ja?

A oto moja opowieść w skrócie:

POLOWANIE TECUMSECHA ( tytuł nadłam teraz )

Pewnego dnia Indyk chodził po prerii jak zwykle zbierając pokarm. Nagle spostrzegł młodego wojownika siedzącego z pochyloną głową, wyraźnie smutnego. zaczął gulgotać aby zwrócić na siebie jego uwagę, jednak nic to nie dało. Tecumsech nie podniósł głowy. Indyk podszedł bliżej. Mówił, zobacz jaki jestem tłusty, jakie mam piękne i zdrowe pióra. Upoluj mnie a będziecie z rodziną mieli dużo dobrego jadła. Jednak Tecumsech kręcił przecząco głową. Indyk puszył się i namawiał a on nie i nie. W końcu więc ptak spytał:
- Co więc cię trapi młodzieńcze?
- Miłość do pięknej dziewczyny. Nie wiem jak zdobyć serce ukochanej. Nie zwraca na mnie uwagi, choć biorę udział w turniejach, wygrywam, pokazuję jakim jestem dobrym łowcą i wojownikiem.
Indyk zamyślił się a potem poradził:
_ Zrób Oko Boga. Każda kobieta marzy o dziecku i o mężczyźnie, który także chce potomka i chce się o niego troszczyć. Nie mów nic w trakcie pracy. Niechaj nie wie dla kogo to robisz, ale niechaj widzi.
I Tecumsech wróciwszy do wioski zaczął prace jak mu doradził ptak. Użył zielonego, bo to kolor pięknej wiosennej prerii pełnej jedzenia, ale także kolor nadziei, która miał w sercu.  Użył czerwieni, koloru życia i krwi płynącej w żyłach, krwi przelewanej w obronie plemienia i ziemi zielonej, krwi która jest znakiem braterstwa i miłości. I użył pomarańczowego - koloru wschodzącego słońca, koloru energii, dającego siłę i radość i moc.

Ukochana Tecumsecha rzeczywiście zaciekawiła się tym co robi młodzieniec, czemu milczy, dla kogo to przeznaczył i tak była zaskoczona, kiedy jej fiarował, że zgodziła się zostać jego żoną. A Młodzieniec w podzięce zrobił wotywny wizerunek indyka i przekazał to ludziom aby krążąc wśród nich,  dalej dawał im dobre rady.


Pamiętajcie, że informacje o najbliższych spotkaniach znajdziecie TU
albo na Fb

środa, 20 maja 2015

Majowe zaległości

Dawno jakoś tu mnie nie było, ale to dlatego,. że blog to teren refleksji. Na te zaś zostaje czas, kiedy cała burza dziania się, mija.
A dużo się działo. wiosną oszałamialiśmy a teraz w maju straszymy :)
Uczę się ciągle rozmów z osobami chętnymi do współpracy. Czasem trudno się porozumieć. Ktoś czegoś nie usłyszy, ktoś coś opacznie zrozumie a nawet słowo pisane z trudem, bywa dociera i potem zdarzają się problemy. Uczę się wymagać skupienia i zaangażowania, oraz uczę się cenić nasz bajarski trud. Cenić i wyceniać aby inni także zaczęli to szanować.
Fantastycznie też jest wymieniać doświadczenia, wspólnie opowiadać, tak jak to niedawno robiliśmy z tworząca się grupą w stolicy. Było fantastycznie! Co ciekawe,spotkałam się tam nieoczekiwanie z koleżanką z mojej grupy artystycznej Złota Linia. Drogi artystów czasem się krzyżują w różnych projektach.
Aktualności znajdziecie na stronie Galeonów


piątek, 20 marca 2015

Pieśń o Skadi

Marcowanie- baśniowanie


Kolejne spotkanie z bajką w Pożegnaniu z Afryką, za nami. Pieśń o Skadi, na która porwałam się za namową jednego ze słuchaczy moich spotkań. Miał ochotę na baśnie skandynawskie. Dostał opowieść Eddy.
Znów spróbowałam śpiewu z rejonu o którym opowiadałam. Joikowanie. Tradycyjny śpiew Saamów, czyli dawniej mówiąc- Lapończyków, z którego to plemienia pochodziła olbrzymka Skadi. To piękny melodyjny śpiew z prostą, powtarzającą się z niewielkimi modyfikacjami frazą. Kojarzy mi się ze śpiewem Indian ameryki północnej.
Zawsze też cieszy mnie, jeśli uda mi się stylizacja. Tym razem zaskoczyło mnie samą, że tak to udatnie wyszło. Miło mi też było usłyszeć słowa pani Marty- właścicielki kawiarni, że zawsze jestem tak dobrze przygotowana i tak pięknie ubrana, zgodnie z duchem opowieści. Takie słowa tak sam,o cieszą, jak te od publiczności.


Za mną także drugie spotkanie z Kreatywnymi mamami i ich pociechami. Tym razem, jak i poprzednio były i mamy i tatusiowie i pociechy. Bawiliśmy się w Centrum Edukacji Bebe. Mogę teraz stwierdzić, że lepiej wciąga się maluchy w zabawę, kiedy nie siedzą na kolanach rodziców. Stąd wniosek mi wypłynął, żeby na przyszłość inaczej niż w akademii Bebe aranżować przestrzeń. Poprzednio w Flow Food samoistnie wyszło jak być powinno. Ot kolejna perełka doświadczenia.

Przede mną następne spotkania:

17stego.03.15 w Kicia Koci opowieści dla Dorosłych o godzinie 19.00
o godzinie 21.00  audycja w radiu KiS
18.03 15 - Warsztaty dla LO w Rybniku - wyzwanie, bo planowana ilość osób oszałamiająca.
22.03.15 Kawiarnia Jaś i Małgosia i bajki o wiośnie, o godzinie 19stej

Galeony Baśni zapraszają

poniedziałek, 2 marca 2015

Baśnie w kawiarni Bella Vita za nami. Na pierwsze spotkanie z bajką przyszło niewiele osób, ale obecne mamy wyszły zadowolone tak samo jak dzieci, więc mam nadzieję, że chętnie rozpowiedzą o imprezie. Zachęca inne mamy do wpadania.
Bajaliśmy na zimowo. Pojawiły się więc zimowe piosenki i łapanie śniegu na języki a także zabawa dzwonkami i bębnem.Opowiedziałam też dzieciom i narysowałam im czym są galeony.
Z tego potem rozwinęła się zabawa zaproponowana przez jednego z chłopców. Ustawił on małe krzesełka jako widownię, duże jako scenę. Na scenę wniósł rekwizyty, którymi były garnuszki i różnorakie jedzenie. Kiedy mama spytała go co to będzie odparł, że przedstawienie o tym jak arka ( faktycznie moje obrazki trochę przypominały arkę ) wioząc towary, pogubiła je na morzu.
Ucieszyło mnie ogromnie nie tylko to, że wywiązała się po opowieści spontaniczna zabawa ale i to, że dzieci zapamiętały czym są galeony.   Dlatego wymyślając z mamami kolejną opowieść według zaproponowanego scenariusza używałam już nazwy - galeon. I tak powstało mini przedstawienie w którym aktorami byłam ja i dwie mamy. Opowiedziałyśmy o tym jak jeden z galeonów podczas burzy, wywrócił się gubiąc towary i załogę. Zarówno ludzie jak i rzeczy zostały jednak wyłowione przez drugi galeon, który przypłynął na ratunek ( druga z mam) Za galeony posłużyły nam obrazki, powstałe na początku naszego baśniowego spotkania. Odpowiednie dźwięki wichru i fal zapewniły moje przeszkadzajki.
Tym razem więc spotkanie bajkowe zakończyło sie dosyć nieoczekiwanie - spontanicznie wykreowaną opowieścią powstałą do scenariusza dziecięcego.
Jest to naprawdę niezwykłe uczucie, kiedy się naocznie widzi i czuje jak kreatywnie wpływają baśnie na dzieciaki.
Dziękuję mamom za przybycie a dzieciom za tak pięknie aktywne słuchanie!
Przypominam, że aktualności znajdują się na stronie Galeonów Baśni oraz na fb

czwartek, 19 lutego 2015

Ai no monogatari

Wieczór   o miłości oparty na baśniach z Japonii.
Wiadomo- Walentynki, to pretekst do rozmowy o obchodzeniu tego święta w innych krajach. 
Nie miałam kimona, ale chciałam oddać jego ducha swoim ubiorem i uczesaniem, by dodać wieczorowi magii przeniesienia się w czasie i miejscu. Chyba się udało.

Z tym wieczorem to ciągle miałam jakieś problemy i byłam o krok od odwołania spotkania. Cieszę się, że tego nie zrobiłam.Ukoronowaniem  problemów była choroba mojej córy, która miała śpiewać i mówić po japońsku...
Niestety została uziemiona w domu.

Za to ja dzięki temu  nauczyłam się śpiewania i gry tak aby oddać swoim ektarem biwę a głosem tradycyjny zaśpiew japoński. Na pewno jeszcze nie było idealnie, bo jakże można to ogarnąć w nieomal ostatniej chwili ale chyba się podobało, skoro widzowie pytali potem o następne spotkania. Cieszę się więc także, że zdołałam zrobić na to następne plakat, który zawisł zanim goście się rozeszli.
   Było mi bardzo miło widząc, to zainteresowanie. . . . . Zauważyłam też, że chyba systematycznie zwiększa się liczba osób p przychodzących na opowieści. Białystok zaczyna kochać bajanie :)  Niezmiernie to cieszy :)
Jak zwykle więcej zdjęć znajdziecie na stronie GAleonów BAśni a także tam też najświeższe spotkania i plany. Najszybciej informacje pojawiają się jednak TU

czwartek, 12 lutego 2015

Ferie z Galeonami Baśni

Dom Kultury Kalina. Ferie z Galeony Baśni. Tematem przewodnim spotkania była Baba Jaga.
Zabawy ruchowe, baśnie i na koniec budowa domku Baby Jagi, to atrakcje, które przygotowałam. Jak widać na zdjęciu, dzieciaki z chęcią rzuciły się do pracy.
  Zabawy ruchowe nieomal nie rozniosły budynku, tak spragnione ruchu było towarzystwo. Przyznam szczerze- ledwo nad tym żywiołem panowałam. Udawało się, ale już sobie myślałam, że opowiadanie baśni to ja im jednak daruję, bo nic z tego nie wyjdzie. Nie uciszą się i nie wysłuchają. Postanowiłam wyrzucić ten punkt programu. Jednak jak to bywa podczas organizowania warsztatów dla dzieci, kiedy trzeba reagować na bieżąco i dostosowywać elastycznie program, życie postanowiło inaczej. Podczas moich zajęć przypadała przerwa na drugie śniadanie. W pewnym momencie spostrzegłam, że część zjadła, a część jeszcze dopiero w połowie. Ci , którzy zjedli zaczęli się nudzić, biegać, przeszkadzać innym. Aby to jakoś opanować zaczęłam rytmicznie uderzać w bębenek, usiadłam i rozpoczęłam opowieść. Samą mnie zdziwiło to, jak się zasłuchali. Dołączali do mnie stopniowo w miarę narastania akcji, aż na koniec tylko dwie osoby na 30stkę, siedziały na krzesłach, niemniej tak samo zanurzone w baśni jak reszta. Gdy skończyłam, dzieci poprosiły o jeszcze jedną. Byłam kompletnie zaskoczona! Grupa, która przed chwilą szalała łażąc nieomal po ścianach, siedzi cichutko i wpatruje się we mnie 30stoma parami oczu, wygłodniałych baśni.
Niestety nasz czas dobiegał końca a przed nami była jeszcze budowa domku. Ten ostatni element warsztatów z Babą JAgą osłodził im brak kolejnych opowieści. Pożegnał mnie krzyk pełen zapały- Było WSPANIALE! Nie powiem, zrobiło mi się przyjemnie. :) A domek powstał- marzenie!

Więcej zdjęć i informacje o spotkaniach można znaleźć na stronie Galeonów Baśni  oraz na fanpagu

poniedziałek, 2 lutego 2015

opowieści i miejsca

            Pożegnanie z Afryką. Sklep i kawiarnia stworzone z miłości do kawy. Miejsce gdzie od października opowiadam. Miejsce, które mnie przygarnęło z radością i wita uśmiechem właścicielki pani Marty. Co ciekawe, jedyne miejsce w Białymstoku, które chce bajek. Pani Marta od razu zapaliła się do pomysłu. Dała mi  wiarę że to co robię, to czym chce się podzielić jest warte wysłuchania i stworzenia temu przestrzeni.
          Wczoraj kawiarnia obchodziła 20stolecie istnienia. Pracownicy i córa, oraz maż pani Marty zrobili jej  niespodziankę. Była retrospekcja, wspominki. Przyszli i pracownicy i przyjaciele kawiarni. Był tort ( przepyszny ) i życzenia. Byłam i ja z Neko, która odśpiewała piosenkę gratulacyjną po koreańsku ( popłakawszy się z emocji pierwszego występu ) i była baśń. Baśń o zbiegach okoliczności, które nas prowadzą do pięknego zakończenia , baśń o marzeniach, spełnieniach. I druga baśń o wzajemnej miłości dwojga ludzi. Ludzi, którzy się wspierają. I tak opowiadając, a wcześniej wybierając baśnie, pomyślałam sobie, że tego magicznego miejsca by nie było gdyby nie te dwie rzeczy: marzenia i wzajemna miłość państwa Gertnerów, której pięknym wyrazem jest kochająca córa. Której chciało się pomyśleć i zorganizować taką uroczystość.
Pomyślałam sobie też, już potem, wracając do domu po naprawdę MAGICZNYM wieczorze, że ciepło pani Marty, jej wiara w ludzi emanują na lokal i chyba też na okolicę. Na lokal, bo wszak to wspólnie z byłymi i obecnymi pracownikami została przygotowana taka uroczystość, bo tylu ludzi wraca tutaj i spontanicznie dzieją się tu niezwykłe rzeczy a to wpada ktoś z ciastem upieczonym specjalnie na jakieś spotkanie, od serca, a to, to i tylko to miejsce wybrał pewien chłopak by poprosić o rękę swoją wybrankę.
     To miejsce jakby na mnie czekało. Zderzyłam się z kawiarnią, na początku jej powstania. Pomyślałam wtedy: jak to fajnie, że komuś chciało się stworzyć takie przytulne wnętrze, dodam, że jedyne chyba wtedy w Białymstoku, w którym był zakaz palenia, co dla mnie było wielką zaletą, bo nie znoszę dymu. Nie korzystałam wtedy z kawiarni, bo nie lubię kawy, tylko jej aromat, ale zauważyłam i doceniłam. Potem, wiele lat później zaciągnęła mnie tam koleżanka i spędziłyśmy urocze popołudnie. Znów: nie wróciłam z tego samego powyższego powodu ale sam lokal wspominałam często. I nagle oto teraz opowiadam tu baśnie a pani Marta ma dla mnie w ofercie najprzeróżniejsze herbaty !
     Są miejsca magiczne, jest też nasz czas aby dojrzeć i dopiero dojrzałym znaleźć w takim miejscu gniazdo. Jednak nić losu od czasu do czasu przypomina o tym, że miejsce nas wzywa. I chociaż często rozumiemy to na końcu naszej drogi, to spoglądając wstecz nie sposób nie pomyśleć, że od początku było nam pisane. Mnie się teraz wydaje, że skoro Pożegnanie z Afryką to spełnienie marzeń pani Marty i ich kontynuacja, to ja mogłam dotrzeć tu dopiero wtedy, kiedy i moje marzenia skrystalizowały się na tyle, że chce je realizować i mam pewność, że to jest a dokładnie TO , zaś jeśli tak,  jest to dla mnie dobra wróżba i kolejne potwierdzenie, mojej drogi.
Dziękuję organizatorom i gościom za wczorajszy wieczór i raz jeszcze dziękuję Pani Marcie bez której wciąż w Białymstoku nie byłoby baśni.
    Tak sobie też myślę, że każdy ma takie magiczne miejsce do realizacji swoich marzeń, każdy ma drogę do przejścia, która da mu zadowolenie. Warto się rozejrzeć i dostrzec ten potencjał w przestrzeni i w sobie.