piątek, 26 czerwca 2015

Czas na kolejną refleksję :)

Tym razem na warsztat myśli- warsztaty !
Znowu miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach Gali Gality z Meksyku. Opowiadaczki energetycznej, roześmianej i ciepłej.
Przyznam, że weszłam do sali z mieszanymi uczuciami. Kilka dni przed warsztatami zobaczyłam informację, że będziemy tworzyć jakieś rękodzieło. Popatrzyłam na czas poświęcony warsztatom i pomyślałam sobie, ojeju.. ja nie chcę. Nie jestem dobra w zabawie papierem i włóczką, frustruje mnie to, że mi nie wychodzi a jak jeszcze ma nie wychodzić na oczach ludzi... Brrr...
Jednak pojechałam, bo chciałam zobaczyć Galę po raz drugi, uściskać ją i dostać od niej uśmiech. pomyślałam, że po prostu posiedzę ale Gala poprowadziła warsztaty tak, że z niesamowitym zapałem tworzyłam swoje Oko Boga. Czułam radość z tworzenia w grupie, słuchania, podświadomej pracy umysłu. Podświadomej, bo w tamtym momencie nie wiedziałam, że czacha mi dymi jak ta lala! Dopiero teraz to wiem. A to był cel zamierzony Gali. Zadała nam wcześniej pytania dotyczące przedmiotów, które wydobyliśmy z czeluści worka- niespodzianki. Przedmioty te stały sobie potem obok nas cichutko, nie wiem jak inni ale ja zupełnie , tak mi się zdawało, nie zwracałam na to uwagi. Myślałam na poziomie tym świadomym: nie wiem co powiedzieć, nic mi nie przychodzi do głowy., totalna pustka, zero, mózg wyprany z czegokolwiek nie wymyślę żadnej odpowiedzi, nic.
Za to moje ręce tworzyły cudo. Byłam zachwycona jak mi to sprawnie idzie, jak mi się nawet supełki z połączenia kolorów,  same chowają. Znajdowałam niezwykłą przyjemność tworzenia. A mój mózg pracował.

Kiedy już się napracował gdzieś beze mnie, kiedy moje ręce skończyły Oko Boga, ( widzicie ja na zdjęciu) to wróciwszy do kręgu opowieści nagle zaczęła powstawać opowieść. I ona powstawała dopiero jak dostałam swój czas. Wcześniej słuchałam innych, fascynujących opowieści, które uczestnicy stworzyli. I myślałam- dobra, coś sklecę najwyżej się będę jąkać. A baśń wypłynęła ze mnie jak ze zdroju, który trysnął z ziemi uderzonej Mojżeszowym kijem. Słuchałam siebie chyba równie a może i bardziej zaciekawiona tego co mówię, jak reszta słuchaczy. Zrozumiałam też skąd się wzięły we mnie zastosowane kolory. Zdradzę Wam, że te odcienie zieleni i czerwieni są MOJE od zawsze. Dokładniutko takie. Otaczam się nimi gdzie tylko i jak tylko mogę. Kuchnię mam tak urządzoną i na siłę tylko postanowiłam to przełamać i dodać w niej jeszcze inny kolor. Aby nie zapomnieć, ze te inne także istnieją.
To było niebywałe przeżycie- odkrycie. Podróż w głąb siebie. Nauka jak można prowadzić warsztaty z opowieścią, co może nam posłużyć i jakie procesy w którym momencie mogą zajść. Jak działa pewien psychologiczny mechanizm, nawet jeśli się wie, że jest na nas zastosowany i człowiek pragnie mu się przeciwstawić ;) To była ciekawa walka z tym aspektem warsztatów. Przegrana :))) Ale nie żałuje ani ciut! To także było niesamowicie fascynujące. I od razu napiszę dla ciekawskich- nie o jaki aspekt chodzi nie ujawnię, pozostanie moja tajemnicą.

Przyznam, że ogromnie ciekawi mnie jak powstawały historie innych osób. Kiedy się pojawiły w ich głowach. Czy tkały się nagle czy sączyły powolutku? Czy coś z nich o sobie się dowiedzieli jak ja?

A oto moja opowieść w skrócie:

POLOWANIE TECUMSECHA ( tytuł nadłam teraz )

Pewnego dnia Indyk chodził po prerii jak zwykle zbierając pokarm. Nagle spostrzegł młodego wojownika siedzącego z pochyloną głową, wyraźnie smutnego. zaczął gulgotać aby zwrócić na siebie jego uwagę, jednak nic to nie dało. Tecumsech nie podniósł głowy. Indyk podszedł bliżej. Mówił, zobacz jaki jestem tłusty, jakie mam piękne i zdrowe pióra. Upoluj mnie a będziecie z rodziną mieli dużo dobrego jadła. Jednak Tecumsech kręcił przecząco głową. Indyk puszył się i namawiał a on nie i nie. W końcu więc ptak spytał:
- Co więc cię trapi młodzieńcze?
- Miłość do pięknej dziewczyny. Nie wiem jak zdobyć serce ukochanej. Nie zwraca na mnie uwagi, choć biorę udział w turniejach, wygrywam, pokazuję jakim jestem dobrym łowcą i wojownikiem.
Indyk zamyślił się a potem poradził:
_ Zrób Oko Boga. Każda kobieta marzy o dziecku i o mężczyźnie, który także chce potomka i chce się o niego troszczyć. Nie mów nic w trakcie pracy. Niechaj nie wie dla kogo to robisz, ale niechaj widzi.
I Tecumsech wróciwszy do wioski zaczął prace jak mu doradził ptak. Użył zielonego, bo to kolor pięknej wiosennej prerii pełnej jedzenia, ale także kolor nadziei, która miał w sercu.  Użył czerwieni, koloru życia i krwi płynącej w żyłach, krwi przelewanej w obronie plemienia i ziemi zielonej, krwi która jest znakiem braterstwa i miłości. I użył pomarańczowego - koloru wschodzącego słońca, koloru energii, dającego siłę i radość i moc.

Ukochana Tecumsecha rzeczywiście zaciekawiła się tym co robi młodzieniec, czemu milczy, dla kogo to przeznaczył i tak była zaskoczona, kiedy jej fiarował, że zgodziła się zostać jego żoną. A Młodzieniec w podzięce zrobił wotywny wizerunek indyka i przekazał to ludziom aby krążąc wśród nich,  dalej dawał im dobre rady.


Pamiętajcie, że informacje o najbliższych spotkaniach znajdziecie TU
albo na Fb